Kategorie
Sputnik spadnie nam na głowy?
Patryk Juchniewicz, pt., 12/09/2011 - 21:39 |Odczułem ulgę. „Sputnik” się skończył. Następny na szczęście dopiero za rok. Dlaczego na szczęście?
Bynajmniej nie z powodu słabej jakości prezentowanych filmów. Rosyjska kinematografia ma się przecież naprawdę dobrze. „Sputnik” wymęczył mnie od strony organizacyjnej. W zeszłym roku było źle, a w tym chyba jeszcze gorzej. Błędy, które można wybaczyć przy pionierskim przedsięwzięciu stają się irytujące, gdy są powielone. Czy naprawdę tak trudno wyciągnąć wnioski z dotychczasowych porażek?
Opowieść tetryka o dziadku
Zacznijmy od początku. Uroczysta ceremonia otwarcia festiwalu w Sali Kongresowej dłużyła się niemiłosiernie (ale to normalne – nikt się przecież nie spodziewał kabaretowych występów). Tyle że po wystąpieniach kilkunastu (kilkudziesięciu?) osób, które wygłosiły parę słów tytułem wstępu, odbyła się projekcja. Zważywszy, że honorowym gościem festiwalu był „mistrz” Andriej Konczałowski, nie może dziwić, że wybrano film tego twórcy. Szkoda tylko, że wybór padł na bez wątpienia najgorsze (!) dzieło reżysera, w dodatku zrealizowane w języku angielskim i dla amerykańskiego odbiorcy. „Dziadek do orzechów i król szczurów” jest dowodem na to, że niektórym stetryczałym „mistrzom” należałoby odebrać licencję na uprawianie zawodu filmowca (gdyby coś takiego funkcjonowało). Oczywiście ocena filmu zawsze jest subiektywna, dlatego odwołam się do liczb. Z 90 milionów dolarów zainwestowanych (czytaj: utopionych) w trójwymiarową produkcję w USA zwróciły się 0,3 miliona. I zamiast przyznać się do porażki, Konczałowski bronił się nieudolnie podczas spotkania z widzami. Mówił, że film nie zarobił, ponieważ w tym samym czasie na ekrany amerykańskich kin wchodził „Tron”, a „Dziadek…” został dodatkowo zmiażdżony przez krytyków (rosyjski „mistrz” widzi w tym spisek imperialistycznych, amerykańskich recenzentów, których hollywoodzkie koncerny zmusiły do przedstawienia w negatywnym świetle jego wielkiego dzieła). Podczas oglądania „Dziadka do orzechów” pocieszałem się myślą, że dwie godziny z życia traci też obecny na sali Krzysztof Zanussi i że po pokazie będzie bił brawo tak samo obłudnie jak ja, w myślach przeklinając reżysera oraz osobę, która doprowadziła do wyświetlenia filmu na gali otwarcia. Czy naprawdę nie można było pokazać „Palacza” Bałabanowa lub „Generation G” Ginzburga? Czy byłoby to nietaktem w stosunku do Konczałowskiego? Myślę, że nie – przynajmniej „mistrz” obejrzałby sobie ciekawy film. Nawet jeśli nie zauważa wad swojego „Dziadka do orzechów”, to idę o zakład, że sam na pewno też się wynudził podczas projekcji.
Z ulgą opuściłem otwarcie festiwalu, licząc na to, że najgorsze mam już za sobą. Tymczasem w Kinotece trafiłem na niezwykłej długości kolejkę do kasy. Niejeden z obecnych tam kinomanów rezygnował zapewne, stwierdzając w duchu: „Dla mnie i tak nie starczy”. Przypomnę, że mamy już XXI wiek – przez internet kupujemy bilety lotnicze i kolejowe, kupujemy książki, ubrania, kosmetyki, meble i tak dalej. Przez internet kupujemy wszystko. Dlaczego nie możemy kupić biletu na festiwalowe projekcje? Dla przykładu – na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Busan niemal wszystkie bilety rozchodzą się w sieci.
Co słychać na „Sputniku”?
Film „Dziadek do orzechów i król szczurów” zachęcił mnie do obejrzenia wszystkich filmów „mistrza” Konczałowskiego. Na „dzień dobry” okazało się, że jest problem z wyświetlaniem polskich napisów do „Historii Asi Klaczynej, która kochała, ale za mąż nie wyszła”. Chylę czoła przed panem Grzegorzem Pieńkowskim, który ofiarnie czytał listę dialogową i radził sobie z tym zadaniem nad wyraz dobrze. Ale jak to możliwe, że organizator nie sprawdził, czy napisy się wyświetlają i nie przygotował sprzętu do ich awaryjnego wyświetlania? W dodatku głos pana Grzegorza brzmiał za cicho w stosunku do oryginalnej ścieżki dźwiękowej, czego efektem był polsko-rosyjski bełkot zamiast filmowych dialogów. Ale jak powiedział „mistrz” podczas Masterclass (swoją drogą, sam reżyser wykpił to dumnie brzmiące określenie zwykłego spotkania z widzami): „Film jest sztuką, która operuje obrazem – można go oglądać nawet, gdy nie zna się języka, którego używają bohaterowie”. Może coś przekłamałem, ale taki był sens wypowiedzi Konczałowskiego. Niestety podczas projekcji „Historii Asi Klaczynej…” nie znałem jeszcze tej sentencji, więc w duchu kląłem siarczyście, próbując zrozumieć cokolwiek z dialogów ekranowych postaci.
À propos dźwięku na „Sputniku” – przypomniałem sobie epizod sprzed roku. Podczas projekcji „Morfiny” Bałabanowa, ścieżka dźwiękowa była ustawiona tak cicho, że siedzący dwa rzędy za mną znany polski reżyser stwierdził bez ogródek: „Jak tego zaraz nie pogłośnią, to osobiście pójdę ich opierdolić do tej kabiny projekcyjnej!” Pan Andrzej powiedział to na tyle donośnie, że niezwłocznie pogłośniono.
„Sputnik” a urwane filmy
A teraz zadanie dla matematyków-hobbystów. Pokaz „Syberiady” powinien trwać 270 minut – taki czas trwania widniał w oficjalnym programie festiwalu. W czasie seansu wypożyczona z Filmoteki Narodowej taśma zrywała się, bagatela, 10 razy – za każdym razem przerywając projekcję na kilka minut. Jak to możliwe, że mimo tak licznych przerw, łączny czas pokazu wyniósł 195 minut? Obawiam się, że w czasie (któregoś z kolei) zakładania taśmy, umknęła gdzieś godzina filmu. Cóż, wygląda na to, że aby obejrzeć „Syberiadę”, bezpieczniej jest skorzystać z wypożyczalni internetowej niż oglądać ją w kinie (podpowiem, że serwis vod.onet.pl oferuje pełną wersję filmu bezpłatnie).
Nie będzie zresztą nadużyciem stwierdzenie, że problem z „zerwaną taśmą” stanowił jeden z motywów przewodnich festiwalu. „Szlacheckie gniazdo”? Taśma zrywała się tak często, że biedna nauczycielka, która zabrała swoich licealistów do kina, skapitulowała i pozwoliła podopiecznym opuścić salę kinową kilkanaście minut przed końcem projekcji. „Pierwszy nauczyciel”? Film rozpoczął się z dwudziestominutowym opóźnieniem, bo taśma zerwała się po jakichś pięciu, może dziesięciu sekundach. „Wujaszek Wania”? Nie wiem, odpuściłem sobie pokaz, bo myśl, że projekcja będzie podzielona na kilkanaście części, zniechęciła mnie całkowicie. Zaczynam sięniepokoić, czy przypadkiem nie nabawiłem się nerwicy… Uświadomiłem sobie bowiem, że gdy tylko jakaś projekcja trwa nieprzerwanie dwadzieścia minut, zaczynam podejrzewać, „że coś się dzieje” i bardziej niż na fabule, koncentruję się na nerwowym oczekiwaniu chwili, gdy znów zerwie się taśma. Może lepiej w przyszłości korzystać z nośników cyfrowych?
Tego problemu na szczęście nie było przy nowych produkcjach. Kopie świeżutkie, prosto z importu. W przypadku filmu „W sobotę” taśma pochodziła z Bavaria Film. Wiem to, bo trudno nie zauważyć wielkiego logo firmy, które wyświetlało się na środku ekranu mniej więcej co 6-7 minut (choć w lewym górnym rogu było widoczne nieprzerwanie). Niedoświadczeni widzowie wydawali się – delikatnie mówiąc – skonfundowani tym faktem. Ja oglądałem film ze stoickim spokojem świadom, że na „Sputniku” nic nie zaskoczy.

Nawet logo festiwalu przedstawia zerwaną taśmę...
„Sputnik” translator
Nie zdziwiła mnie również jakość tłumaczenia wypowiedzi festiwalowych gości. Język rosyjski jest niewątpliwie tak niespotykany (a w naszym kraju szczególnie rzadko używany), że znalezienie tłumacza z pewnością graniczyło z cudem. Naprawdę żal mi było trzech, (bardzo sympatycznych zresztą) dziewczyn, które tłumaczyły Igora Wołoszyna (reżysera m.in. „Ja” oraz „Beduina”). Już sama obecność aż trzech tłumaczek stanowiła nieśmiałą sugestię, że jedna mogłaby sobie nie poradzić. Reżyser dwoił się i troił, co rusz szukał łatwiejszych do przetłumaczenia zwrotów, wreszcie stwierdził, że on doskonale rozumie po polsku, więc na pewno jakoś się dogadamy. Niestety, Wołoszyn przesadził w pewnym momencie, używając metafory. Stwierdził bowiem, że „ojcem chrzestnym” jego filmów jest Aleksiej Bałabanow. Biedna tłumaczka zaczęła więc wmawiać widowni, że ojciec chrzestny reżysera był dla niego największą inspiracją. Przyznaję, że moja znajomość języka rosyjskiego jest bez wątpienia znacznie gorsza niż tłumaczki, ale (o dziwo!) znacznie lepiej rozumiałem Wołoszyna w oryginale niż po przetłumaczeniu. Wobec tego uważam, że pytanie jednego z widzów o „scenę obrzezania” było wręcz aktem sadyzmu względem Bogu ducha winnych tłumaczek, które ktoś posadził obok reżysera i pewnie na odchodne rzucił w ich kierunku: „Nie martwcie się, jakoś to będzie!”. I kiedy dziewczyny prowadziły burzę mózgów, szukając najwłaściwszego terminu na „obrzezanie”, twórca filmu stanął w ich obronie: stwierdził, że nie muszą tłumaczyć, bo zrozumiał pytanie. Uff, chyba wszyscy na widowni odetchnęliśmy z ulgą, bo naprawdę żal było tych młodych pań (zapewne studentek).
Reasumując…
Gdy wspominam tegoroczny „Sputnik”, mam wrażenie, że chyba nie było takiego dnia, w którym wszystkie plany organizatorów powiodłyby się. Aż strach pomyśleć, co działo się na pokazach, na których mnie nie było. Prawo statystyki (nie wiem, czy jest takie prawo, ale ten zwrot brzmi dobrze) podpowiada, że skoro ja miałem pecha na większości „moich” projekcji, to na innych pokazach nie było lepiej. Szkoda, naprawdę szkoda, że organizacyjnie „Sputnik” jest imprezą na wskroś amatorską. A przecież nie mogę złego słowa powiedzieć o prezentowanej kinematografii radzieckiej i rosyjskiej. Większość filmów (w przeciwieństwie do większości organizatorów) prezentuje wysoki poziom, a niechlubne wyjątki (takie jak film otwierający galę) potwierdzają regułę.
A zatem – droga pani Małgorzato Szlagowska (chodzi o dyrektor festiwalu): apeluję, by nie spoczywać na laurach, bo jest jeszcze wiele do poprawienia. W przeciwnym razie „Sputnik nad Polską” w przyszłym roku może spaść nam na głowy, doprowadzając do szeregu zniszczeń.
Szukaj
Najnowsze komentarze
-
Тут вы обязательно отыщите для себя очень много от...>>
-
Spoko. Afirmacja życia, hart ducha, ascetyzm plus...>>
-
To tylko fragment tekstu. Tę "wytężon...>>
-
ej, ale to Białowąs była pierwsza, a nie...>>
-
Świetny tekst. Pełen ciekawych metafor i świeżego...>>
Kategorie |
Aktywność |






Facebook
Wykop
Blip
Flaker

